Z szaleństwem wypisanym na twarzy..

Siergiej Łukjanienko - Nocny Patrol

Nie można podchodzić do świata tylko z od jednej strony skoro zewsząd nas otacza. Tak samo nigdy nie ma jednej, jedynej prawdy – są co najmniej dwie, a każdy patrol ma swoją, bo wiele rzeczy wygląda zupełnie inaczej gdy stroisz po przeciwnej stronie barykady. A skoro poznałeś już świat Nocnego Patrolu to może spróbujesz z Dziennym? Uważaj, bo jeszcze się zdziwisz..

Książka dzieli się na trzy części – każda opisuje historię innego Ciemnego a czasem wśród nich wplata się Antonii Grodecki – Jasny. Spotykamy się ze znajomą z poprzedniej części, Alicję Donnikową, wiedźmę odkrywającą prawdziwe uczucie którego istnienia w niej my, ani nawet ona sama nie była w stanie przewidzieć. Ta odrobina słodyczy jest początkiem dramatu jej i jej kochanka - ciążące na niej fatum ją niszczy, a jego echo odbija się do końca książki.

Gdy poznajemy Walija Rogozę nie wiadomo o nim nic – on sam nie do końca wie kim jest. Niczym dawny romantyk kieruje się tym co mu podpowiada jego wnętrze, a nie „szkiełko i oko” którym on umyka – istny człowiek zagadka, który nieświadomie miesza w układzie sił. Styka się z nim Edgar, silny mag nie wiadomo z jakiego powodu ściągnięty do dalekiej Moskwy, a który z biegiem czasu uzmysławia sobie swoją rolę w planach Zawulona – szefa patrolu.

Całość jest lekkim zaprzeczeniem wrażenia jakie odnosi się w Nocnym Patrolu. Ciemni nie są przyczajonymi istotami (no może w większości..) które czekają tylko na to aż się potkniesz by rzucić Ci się do gardła. Mimo niejednej krwi na rękach wydają się bardziej ludzcy od Jasnych bo przynajmniej nie zasłaniają się pustymi hasłami naprawy świata.

Jednak mimo kilku całkiem ciekawych pomysłów, książka nie upaja tak samo mocno jak poprzedniczka. Czuć że maczały w niej palce osoby o dość odmiennych stylach. Początek rozpoczyna się mocnym akcentem i akcja nabiera tempa, by nagle wyhamować i wlec się do połowy nagle rwąc do przodu by po tym znowu rozpłaszczyć się na niewidzialnej ścianie i trwać tak do końca. Dodatkowo te ślimacze fragmenty odzierają historię z nieprzewidywalności jaka charakteryzuje prozę Łukjanienki, pozostawiając lekki niesmak.

Nie powala jak poprzednia część, ale mimo wszystko dość solidne. 8/10

OpenBSD logo

Nie wiem czemu, ale krąży przesąd iż systemu z rodziny BSD są trudne w instalacji i obsłudze. Może administrowanie klastrem do łatwych nie należy, ale postawienie systemu do codziennego korzystania i jego utrzymanie skomplikowane nie jest. Owszem, może tego typu systemy zbyt przyjazne dla zwykłego użytkownika (klikacza) nie są, jednak ludzie którzy nie boją się siedzenia w konsoli nie powinni mieć większych trudności. Co prawda to nie Arch czy Gentoo gdzie niemal wszystko jest zautomatyzowane, ale mimo pozornej obskurności systemy z rodziny BSD mają swoje uroki.

Mnie jak na razie najbardziej do gustu przypadł OpenBSD. Szczególnie ze względu na swój prosty jak budowa cepa instalator pozwalający postawić system dosłownie w 5 min (samo przeczytanie tego wpisu zajmie wam pewnie więcej czasu). Poświęcając kolejne 10 min na ściąganie paczek możemy mieć system o jaki nam chodziło. Paczek raczej mało nie jest, niektóre dystrybucje Linuksa mogły by pozazdrościć ich ilości a jeśli czegoś brakuje to raczej znajdziemy interesujący nas soft w portach. Niestety OpenBSD w porównaniu do NetBSD czy FreeBSD zbyt popularny w naszym kraju nie jest - mnie to nawet pasuje, przynajmniej mam swoje "dziewicze tereny" o których mogę pisać i może kogoś zainspiruję ;) Postaram się w kilku wpisach przybliżyć Wam ten system.

Info dla ludzi zainteresowanych wirtualizacją

Proponuję byście porzucili wszystkie złudne nadzieje na zabawę z wykorzystaniem VirtualBox (testowane na wersji 3.0.2 i wcześniejszych). Mimo tego że można wybrać ustawienia dla systemów BSD, to poza wyświetlaniem ładnych ikonek na liście maszyn wirtualnych nic to nie daje - nawet jeśli uda nam się zainstalować system to i tak podczas jego uruchamiania odmówi on posłuszeństwa. Jeśli chcecie się pobawić to skorzystajcie z Qemu albo VMware.

Instalacja

Na wstępie musimy zdobyć płytkę instalacyjną, co prawda można ją samemu zbudować, jednak ściągnięcie gotowca z oficjalnej strony jest opcją szybszą i w sam raz dla leniuchów takich jak ja. Po zabootowaniu płytki rozpoczynamy instalację - pogrubione teksty są tym co użytkownik powinien wpisać (potwierdzamy oczywiście enterem), ogólnie dość mocnym skrócie pozwoliłem sobie poszczególne kroki opisać (pozbyłem się tekstów wyświetlających się między polami wyboru). Przyjąłem że instalujemy z wykorzystaniem iso zawierającego wszystkie sety (installXX.iso) i że system bierze cały dysk we władanie - w przypadku mojej wirtualki to tylko 8 gb, ale jak rozplanujemy partycje to tylko nasza indywidualna sprawa .

erase ^?, werase ^W, kill ^U, intr ^C, status ^T
(I)nstall, (U)pgrade or (S)hell? i
Terminal type: [vt220] <tylko enter>
kbd(8) mapping? ('L' for list) pl
Proceed with install? [no] yes
Which one is the root disk? (or done) [wd0] <tylko enter>
Do you want to use all of wd0 for OpenBSD? [no] yes

W tym momencie odpala nam się edytor partycji. Nie jest on jakoś szczególnie bardziej skomplikowany niż cfdisk znany z dystrybucji Linuksowych. Wpisane "?" wyświetla wszystkie dostępne opcje, jeśli ktoś czuje taką potrzebę to niech sobie jeszcze wydzieli miejsce na /tmp albo jeśli nie chce mu się dzielić dysku to może zrobić jedną partycję i jakiś skromny swap.

> a a offset: [63] <tylko enter> size: [cośtam] 1g FS type: [4.2BSD] <tylko enter> mount point: [none] /
> a b
offset: [cośtam] <tylko enter>
size: [cośtam] 500m
FS type: [swap] <tylko enter>
> a d
offset: [cośtam] <tylko enter>
size: [cośtam] 3g
FS type: [4.2BSD] <tylko enter>
mount point: [none] /usr
> a e
offset: [cośtam] <tylko enter>
size: [cośtam] 500m
FS type: [4.2BSD] <tylko enter>
mount point: [none] /var
> a f
offset: [cośtam] <tylko enter>
size: [cośtam]<tylko enter>
FS type: [4.2BSD] <tylko enter>
mount point: [none] /home
> w
> q
Mount point for wd0d (size=cośtam)? (or 'none' or 'done') [/usr] done
Are you really sure that you're ready to proceed? [no] yes

Teraz trochę dysk popracuje do chwili aż system plików się na nim zapisze, po czym przechodzimy do konfiguracji sieci:

System hostname (short form, e.g. 'foo'): (nazwa naszego komputera)
Configure the network? [yes] <tylko enter>
Which one do you wish to initialize? (or 'done') [em0] <tylko enter jeśli to ta sieciówka którą chcemy>

Nic nie zmieniamy w konfiguracji sieci (no chyba że ktoś zauważy jakiś błąd, albo czuje taką potrzebę - np. zmiana nazwy domeny) i tylko walimy enter aż dojdziemy do momentu w którym podajemy hasło roota:

Password for root account? (will not echo) <nasze super tajne hasło>

Password for root account? (again) <nasze super tajne hasło - powtórka>

Następnie będziemy musieli określić skąd bierzemy sety. Jeśli ktoś ma ochotę to może brać je z sieci (wybiera ftp, i podaje serwer - żadna filozofia), ale jako iż my mamy wszystko na płytce nie musimy sobie tym zaprzątać głowy:

Location of sets? (cd disk ftp http or 'done') [cd] <tylko enter>
Pathname to the sets? (or 'done') [4.5/i386] <tylko enter>

Pojawia nam się lista dostępnych setów. Nie musimy jakoś szczególnie w nich przebierać - bierzemy wszystkie.

Set name? (or 'done') [bsd.mp] all
Set name? (or 'done') [done] <tylko enter>
Ready to install sets? [yes] <tylko enter>

W tym momencie zobaczymy jak ładnie wgrywają nam się pliki. Wyskoczy parę pytanek potem, ale wystarczy po prostu walić enterem, do momentu aż dostaniemy jedno o XWindow:

Do you expect to run the X Window System? [no] yes
Change the default console to com0? [no] <tylko enter>

Potem musimy wybrać strefę czasową. Niby można wpisać Europe/Warsaw ale komu się chce..

What timezone are you in? ('?' for list) [Canada/Mountain] Poland

Jeśli żadne ostrzeżenia nie wyskoczą (w zasadzie niemożliwe ale cuda się zdarzają) to gratulacje! Właśnie zainstalowałeś OpenBSD :) Wystarczy teraz wydać w konsoli "halt" i poczekać chwilkę aż system będzie chciał zrobić reboot.

Video

Dla osób którym się wydaje że instalacja mimo wszystko długo trwa i że jest bardziej skomplikowana niż opisałem proponuję obejrzeć filmik z jej przebiegu. Nie jestem jego autorem i nieco się różni od naszej instalacji to jako pokazówka pasuje bardzo dobrze.

Garth-Nix - Sabriel

Rzadko kiedy można w fantastyce trafić na coś co chociaż w teorii pretenduje do miana oryginalności. Dlatego gdy trafiam na książkę na której okładce ktoś w jakiś sposób wspomni że jest odkrywcza dla gatunku, albo w jakiś inny sposób genialna i bestsellerowa to wkładam taki opis między bajki i po prostu ją odkładam. W przypadku Sabriel – sam nie wiem czemu – zrobiłem inaczej i mimo dużej dawki sceptycyzmu nie wróciła na półkę. Było warto dać jej szansę.

Tytułowa Sabriel jest z pozoru normalną dziewczyną uczącą się w szkole z internatem. Pochodzi ze Starego Królestwa – kraju za Wielkim Murem w którym nic nie jest takie jakim się na pozór wydaje, a o którym opowieści większość mieszkańców Ancelstierre nie bierze na poważnie. No bo jak w wypełnionym logiką świecie uwierzyć że ludzie władają tam dziwnymi mocami i że żadna wyższa technologia nie pomoże w obronieniu się przed istotami zrodzonymi z Wolnej Magii? Ratunkiem dla niej może być jedynie Kodeks – siła będąca przeciwwagą dla niej, a którą umie władać bohaterka książki. Jest ona córką Abhorsena – nekromanty który wysyła duchy zmarłych z powrotem do Śmierci i w którą może się zagłębiać o ile ma odpowiednio dużo siły na to.

Żyła by ona sobie dalej w cieple i spokoju gdyby nie to że coś uwięziło w Śmierci jej ojca. Teraz nie zważając na nic musi wyruszyć na jego ratunek zagłębiając się w mroczny i surowy świat za Wielkim Murem wyposażona jedynie w to co dostała od posłańca – atrybuty każdego Abhorsena – miecz i dzwonki nekromanty.

Książka jest pierwszą częścią trylogii i trzeba przyznać że mocno wciąga od samego początku. Ciągle się coś dzieje, a to co spotyka naszą bohaterkę na każdym kroku zaskakuje. Nie czuć jakiś zgrzytów i niedopasowania w świecie wykreowanym przez Nixa – całość wydaje się spójna. Nawet wpleciony wątek miłosny w żaden sposób nie razi. Spodoba się nawet tym którzy nie gustują w fantasy - sprawdzone.

Naprawdę warto. Polecam! 10/10

Jazz Linux nadal żyje!

07 lipca, 2009

Dawno temu istniał Aurox - oparta o RedHata (a później na Fedorze) polska dystrybucja tworzona dla zwykłego użytkownika komputera. Na upartego można by rzec że było to takie "polskie Ubuntu", które dość prężnie rozwijało się przez około 4 lata. Prawa do loga i znaków handlowych przejęła Coba Solutions która nie potrafiła się dogadać i wykorzystać potencjału społeczności co doprowadziło do upadku dystrybucji.

Jazz Linux był kontynuatorem Auroxa tworzonym przez społeczność. W przeciwieństwie do poprzednika był oparty na CentOS. Miało to swoje plusy, miało też minusy. Niestety sytuacja była podobna do tej w jakiej teraz jest KateOS - wszyscy kibicowali, jednak mało kto chciał pomóc. Mimo pewnych osiągnięć ekipa stopniowo się wykruszała i projekt został zawieszony.

Jednak po dłuższej nieobecności projekt wraca do żywych! To dobra nowina dla fanów polskich dystrybucji gdyż z tych poważniejszych jedynie PLD nie ma problemów z rozwojem. W tej chwili trwają prace nad wprowadzeniem KDE 4.3 i w związku z tym potrzebni są testerzy i ludzie skłonni do pomocy. Oczywiście każda pomoc czy opinia się przyda!
Aktualne info o pracach znajdziecie na linuksowo.pl