Z szaleństwem wypisanym na twarzy..

Jacek Piekara - Miecz aniołów
„Przede wszystkim nie zadawajcie wielu pytań, zwłaszcza takich, na które ciężko znaleźć odpowiedź. Świat jest zbyt skomplikowany byście jeszcze wy zmuszali ludzi do myślenia”

Tym fragmentem Piekara już na wstępie kolejnego zbioru opowieści o Mordimerze Madderdinie idealnie podsumował swoje pisarstwo i to na co dalej natrafimy. To że jest zadufany w sobie wiedziałem od przeczytania niezbyt udanego „Młota na czarownice”, jednak postanowiłem dać mu jeszcze jedną szansę i zabrałem się za „Miecz aniołów”. Zawiodłem się i odniosłem wrażenie że nie ceni on zbyt wysoko swoich czytelników.

O tym z kim się spotkam wiedziałem już wcześniej. Nie spodziewałem się by główny bohater dopasował się on do mojego wyśnionego ideału inkwizytora. W zasadzie to żaden z niego inkwizytor. Bliżej mu do zdewociałego bandziora o sadystycznych skłonnościach czasami mającego odruchy irracjonalnej dobroci. Nie było by to jeszcze takie złe gdybym co chwilę się nie dowiadywał czego ciekawego nauczyli go w Akademii Inkwizytorium, bo wśród nowości jakie wyłapałem było m. in. przyjmowanie śmiertelnych ciosów i udawanie trupa. Ciekawe czy miał kurs gotowania na parze i składania origami – wydają się ona na tym samym poziomie..

Dodatkowo powoduje niesmak ciągnące się za czytelnikiem wrażenie deja vu, które potęgowane jest przez ciągłe przypomnienia Madderdina o tym jak skromnym i uniżonym jest sługą, oraz jak bardzo Kostuch śmierdzi. Wszystkie opowiadania są dobijająco przewidywalne, a wywody bohatera trącą nudą. W zasadzie gdyby zamienić okładki z poprzednią częścią pewnie mało kto by zauważył różnicę.

Nie spodobało mi się ani trochę. Jest to w zasadzie „Młot na czarownice” ubrany w nowe szatki. Radzę trzymać się z daleka jeśli nie jest się smakoszem odgrzewanych kotletów. Ja na kolejną część się raczej nie skuszę.

Odgrzewany kotlet. 3/10

Jacek Dukaj – Xawras Wyżryn

Ludzie przepadają rozmyślać „co by było gdyby”.. Są to zazwyczaj głupoty odnośnie własnej osoby, jednak czasem znajdzie się ktoś, kto stara się gdybać w nieco szerszym zakresie i co gorsza spisuje to. Czasem może wyniknie z tego coś ciekawego, ale w większości są to gnioty których wydanie powinno zostać zakazane. Dukajowi możemy cenzurę odpuścić, choć obyło się bez rewelacji.

Całość jest zbiorem kilku opowiadań, wśród których dominuje to o tytułowym Xavrasie Wyżrynie. Dzieje się ono w świecie w którym Polska nie cieszyła się długo suwerennością, kampanię bolszewicką przegraliśmy przez „brawurę Piłsudskiego”, a Stalin nie umarł w latach 50tych poprzedniego stulecia. Xavras jest w zależności od punktu widzenia bojownikiem o wolność, bądź terrorystą – choć granica między jednym a drugim jest dość niewyraźna. Dołącza do niego Ian Smith, Amerykanin polskiego pochodzenia, który został wysłany przez stację telewizyjną by móc relacjonować światu poczynania Wyżryna. W ramach pozostałych opowiadań autor wziął pod sąd 1/12 Rudryka Vlade Zlatko, który będąc kimś pokroju Ceausescu posunął się o wiele dalej w kwestii zapewnienia sobie panowania. Po dość przydługich dywagacjach zostaniemy uraczeni kolejnymi odnośnie "żydostwa" i antysemityzmu, by pod koniec żywa góra żelastwa bez cienia współczucia zakończyła nasze spotkanie z tą książką.

Dukaja nie czyta się łatwo. Trzeba się nad nim skupić bo wiele można stracić, ale potrafi przy tym zmęczyć. Niezbyt mi do gustu przypadło otwarte filozofowanie, które w takiej formie było lekko niesmaczące. Dodatkowo goryczy dostarczyło opowiadanie „Przyjaciel prawdy. Dialog idei” w którym dość łatwo idzie zauważyć po której stronie stoi autor. Dodatkowo przez chwilę miałem wrażenie że najlepszym opowiadaniem będzie ostatnie, jednak dość szybko sprowadzono mnie na ziemię.

Nie wiedziałem czego dokładnie mam się spodziewać po tej książce. Mimo iż wiele osób ją polecało to nie zostałem przez nią oczarowany. Nie spowodowała też że zapałałem szczególną miłością do prozy Dukaja. Co prawda można szczerze przyznać że wyróżnia się z tłumu, ale raczej nic poza tym.

Dla fanów filozofowania. 7/10

Garth Nix - Lirael

Czasami nie ważne jak mocno by się czegoś pragnęło, i tak się tego nie dostanie. Wszystkim rządzą kaprysy losu, jednak zamiast załamywać się że drzwi którymi chcieliśmy przejść są zamknięte, lepiej sprawdzić czy jakieś inne się nie uchylają - nie ma tylko jednej drogi do spełnienia marzeń. Tylko wtedy nie mamy pewności czy dojdziemy gdzieś indziej niż chcieliśmy..

Upłynęły już lata odkąd Sabriel i Touchstone przejęli władzę w Starym Królestwie, i choć sytuacja w nim się znacznie poprawiła, to nadal nie nastał prawdziwy pokój. Ciągle na obrzeżach grasowały stwory Wolnej Magii z którymi musiał walczyć Abhorsen, a coraz liczniejsze epizody ze zmarłymi wskazywały że pojawił się ktoś kto nimi rządził – nieznany wcześniej nekromanta. Jak by tego było mało istniała groźba że do Królestwa zostaną wpuszczone tysiące uchodźców z południa którzy nie mając pojęcia o zasadach życia za Wielkim Murem stali by się łatwą zdobyczą dla istot które opierają się śmierci.

Stykamy się z sympatycznym, choć mocno bojaźliwym księciem Samethem i tytułową Lirael, córką Clyrów. Książę, który podobnie jak swoja matka młodość spędza w szkole w Ancelstierre, musi ją opuścić z powodu niebezpieczeństwa jakie nad nim zawisło. Natomiast z młodej Clayry drwi przeznaczenie nie chcąc nagrodzić darem który posiada każda z jej rodu – widzeniem przyszłości. Rozwój wydarzeń sprawia że zyskuje ona oddanego przyjaciela – Podłe Psisko i w zamian za upokorzenia otrzymuje dar który był od setek lat przeznaczony tylko dla niej. Historie naszych bohaterów przeplatają się i tworzą oni duet mający zmienić losy Królestwa.

Wcześniejsza Sabriel wyznaczyła u mnie wysoki poziom oczekiwań wobec kolejnej części trylogii. Niestety mimo iż książka jest całkiem dobra, to nie była w stanie im sprostać. Powodów jest kilka, ale szczególnie zaważyła przewidywalność rozwoju akcji. Niemal na początku można było sobie resztę dośpiewać. Dodatkowo obraz Podłego Psiska był dość niespójny i (choć może to dziwnie zabrzmieć) był on mniej realny niż Mogget z którym spotykamy się również w tej części.

Co prawda momenty w których twarz sama wykręca się w grymasie niezadowolenia można policzyć na palcach jednej ręki, jednak psują one odbiór. Jak by tego było mało, dość łatwo wyłapać różnice w tłumaczeniu – moim zdaniem te poprzedniczki było lepsze.

Niestety trochę zawodzi oczekiwania. 7/10

OpenBSD logo

Jako że ostatnio postawiliśmy sobie OpenBSD na dysku, to teraz przydałoby się go chociaż skromnie skonfigurować. Przy okazji dobrze byłoby wiedzieć jak zainstalować interesujące nas oprogramowanie, a sposoby na to mamy dwa. Nie są one skomplikowane, jednak rządzą się własnymi prawami.

Konfiguracja

Nie trzeba robić wiele, przede wszystkim dodamy nowego użytkownika i ustalimy dla niego hasło. Nie odbiega to od schematu znanego z dystrybucji linuksowych:


# useradd -m -G wheel,wsrc -g users <użytkownik>
# passwd <użytkownik>

Teraz przydało by się by można było korzystać z sudo. Nikt przecież nie ma ochoty ciągle skakać między kontami by zrobić cokolwiek wymagającego większych uprawnień.

# visudo

Szukamy następującego wpisu i odkomentujemy go (usuwamy # sprzed niego):

%wheel ALL=(ALL) SETENV: ALL

Wstęp do obsługi paczkek i portów

Może niektórym wystarczy goły system bez żadnego dodatkowego oprogramowania, jednak większość stanie przed problemem jak je pozyskać. W OpenBSD mamy na to dwa sposoby - instalacja gotowych binarnych paczek (najprostsze i najszybsze rozwiązanie), albo kompilacja wszystkiego za pomocą portów (potrafi trwać w nieskończoność).

Jednak na wstępie trzeba wspomnieć o tym że jeśli ktoś instalował system w wersji stabilnej (a nie snapshot) a jest maniakiem najnowszego softu, to niejako sam strzelił sobie w kolano. Jak nazwa wskazuje wszystko ma być stabilne, co oznacza że niekoniecznie jest najnowsze. Jest ogromne prawdopodobieństwo na to że snapshotowe (czytaj: najnowsze) paczki nie będą działać, a nawet skorzystanie z snapshotowych portów może okazać się ślepą uliczką bo niekoniecznie wszystko będzie działać jak powinno.

Paczki

Zarządzanie paczkami choć proste dla wielu przyzwyczajonych do dobrodziejstw takich jak aptitude czy pacman może wydać się wręcz obskurne. Wszystko opiera się o perlowe skrypty pkg*, które automatyzują większość rzeczy:
  • pkg_add - instalowanie i usuwanie paczek
  • pkg_delete - usuwanie wcześniej zainstalowanych paczek
  • pkg_info - wyświetla różne informacje na temat paczek
  • pkg_create - służy do tworzenia paczek
Zanim jednak zainstalujemy jakiekolwiek paczki musimy podać zmienną środowiskową z adresem repozytorium by wiadomo było skąd chcemy je pobrać. Poniższe możemy podawać za każdym razem gdy zapragniemy paczek, jednak osobiście proponuję dopisać je do pliku .profile w katalogu domowym by nie marnować na to więcej czasu.

PKG_PATH=ftp://ftp.openbsd.org/pub/OpenBSD/4.5/packages/i386
export PKG_PATH

Po tym instalowanie paczek sprowadza się do wydania jednej komendy i odczekania chwili aż paczka wraz zależnościami zostanie ściągnięta. Dla przykładu jeśli zachce nam się openboxa:

# pkg_add openbox

Porty

W przypadku gdy komuś nie odpowiada poprzedni sposób, może skorzystać z portów. Jest to jednak uciążliwe (kompilacja trwa nieraz naprawdę długo), dla przykładu kompilacja Xfce i wszystkiego wymaganego do jego działania trwała u mnie prawie dobę. Ale co kto lubi..

Do pliku /etc/mk.conf należy dodać linijkę:

SUDO=/usr/bin/sudo

Potem nie pozostaje nic poza pobraniem archiwum z portami i odpowiednim dodaniem ich do systemu:

# ftp ftp://ftp.openbsd.org/pub/OpenBSD/4.5/ports.tar.gz
# tar vxfz ports.tar.gz -C /usr/
# chgrp -R wsrc /usr/ports
# find /usr/ports -type d -exec chmod g+w {} \;

Łatwo się w portach odnaleźć bo są one dość sensownie podzielone. Wszystko wprowadza się do wejścia w odpowiedni katalog, wydania polecenia i zbrojenia się w cierpliwość. W zależności od tego co chcemy uzyskać wpisujemy:

  • make install - rozpoczyna kompilację tego co nas interesuje (i wszystkich zależności)
  • make clean - usuwa pozostałości programu po kompilacji (jest tego kilka wariacji jak np. make clean=depends)
  • make uninstall - usuwa zainstalowany program
  • make reinstall - rekompiluje i instaluje program ponownie

Zakończenie

Jeśli ktoś chciałby zgłębić w większym stopniu tajniki OpenBSD proponuję zapoznanie się z oficjalnym faq. Jest naprawdę dobrze napisany i większość problemów które napotykamy na co dzień idzie rozwiązać z jego pomocą.

Poza tym trzeba pamiętać że nie jest to Ubuntu, czy inny system robiący wiele za użytkownika. Po instalacji oprogramowania (niezależnie czy z paczek czy z portów) dobrze było by przejrzeć to co wypluł terminal by potem uniknąć sytuacji gdy coś nie chce ruszyć (a najczęściej dlatego że coś innego nie jest uruchamiane w trakcie startu systemu).