Z szaleństwem wypisanym na twarzy..

tolkien - silmarillion

Nie jestem gorliwym fanem Tolkiena, bardziej go szanuję niż czczę jak co niektórzy. Pierwszy raz się z nim spotkałem w Hobbicie, potem był oczywiście modny Władca Pierścieni, jednak choć mi się te książki podobały to nie sprawiły że zapałałem do niego opętańczą miłością i nie wybudowałem mu ołtarza w pokoju. W końcu przyszedł czas na Silmarillon, który zmienił moje postrzeganie tego autora..

Czytaj dalej...

mamma mia

Za oceanem widać modne są musicale. Im są bardziej tandetne tym większy odnoszą sukces. Recepta na dobrą sprzedaż jest prosta: zatrudnić parę znanych mordek z show biznesu, zaadoptować piosenki kiedyś topowego zespołu, wymyślić jakąś chociaż w założeniu trzymającą się kupy fabułę i dodać happy end. Ja mimo tego że gust mam raczej niewyszukany to jakoś nie za bardzo mam ochotę na umartwianie się takim chłamem. Właśnie znalazłem kolejny powód by nie chodzić do kina (bo to że Pierce Brosnan nie umie śpiewać wiedziałem już wcześniej)..

Czytaj dalej...

strugaccy - przenicowany świat

Do książek Strugackich mam swoisty pociąg, który ukształtowały „Piknik na skraju drogi” i "Poniedziałek zaczyna się w sobotę". Więc jak tylko miałem okazję przeczytać kolejną to dorwałem się do niej jak małpa do dynamitu. Znowu miałem okazję zanurzyć się w błocie i lizać rdzę.

Dobrym określeniem tej książki mogło by być hasło „pamflet na cywilizację”. Trafiacie do świata wyglądającego jak nasz, ale rządzi się on innymi prawami które wymusiła jego historia. Świat ten jest radioaktywny, zniszczony wojnami, pełny zakłamania i niesprawiedliwości. Część społeczeństwa jest wyrzutkami („wyrodkami”) na których się poluje, a którzy walczą tylko o to by przeżyć. „Ludzie” są tu najmniej ludzcy. Dopasujecie do niego swój system moralny, czy będziecie próbować zmienić ten świat przystosowując go do siebie?

To jedna z tych książek które zostawiają w człowieku swoisty osad. Przypomina o złudności tego co wyznajemy, w co wierzymy, że jest to tylko tym co inni chcieli nam przekazać. Może nie sprawia że nie będziemy w stanie spać po nocach, jednak daje do myślenia.

Jak to u braciszków bywa – książka znika nie wiadomo kiedy. I ciężko mi jest napisać coś więcej, bo tak już chyba jest że o tym co dobre ciężko dyskutować.

Ciężko się oderwać. 10/10

Jacek Piekara - Młot na czarownice

„Zanim będziesz wielki, naucz się być małym” - wpajano mi zawsze. Szybki rzut okiem na pierwszą stronę pozwolił mi utwierdzić się w przekonaniu że tej prawdy życiowej Jackowi Piekarze poskąpiono.. Przesadna skromność może nie wychodzi na dobre, ale zadufanie w sobie jest jeszcze gorsze. Czy może po prostu tylko ja nie widzę wspaniałości człowieka który od samego początku twierdzi że nienawidzi „komunistów, socjaldemokratów i innego robactwa”? (na szczęście to nie o mnie).

Od jakiegoś czasu tytułowa książka chodziła za mną. Lubię fantasy osadzone w okolicach średniowiecza, a jeśli dodać do tego inkwizycję to dla mojego (być może niezbyt wysublimowanego) literackiego podniebienia będzie to „cud miód i orzeszki”. Ale powiem szczerze że się lekko zawiodłem, bo liczyłem na coś innego niż mi zaserwowano. Zamiast inkwizytora wygryzającego noworodkom serca i palącego na stosach ich matki za spółkowanie z diabłem dostałem niby oprycha o złotym serduszku, (o czym niestety dość często jest wspominane) o niezwykle, mocnej głowie, i co gada z aniołami.. O tym że przerobienie dwóch modlitw i jednego dogmatu kościelnego na okładce określa się „bluźnierstwem” staram się zapomnieć, choć faktycznym na niej bluźnierstwem jest porównywanie Piekary do Sapkowskiego..

„Młot (...)” nie jest jakoś szczególnie złą książką. Pierwsze dwa opowiadania są takie sobie, za to pozostałe (choć równie przewidywalne) są odczuwalnie lepsze. Szkoda że nic więcej pozytywnego niż mogę o niej powiedzieć niż to że całkiem niemęcząco wypełnia czas.

Takie sobie. 6/10

logo CenOS

Jako iż wyszła nowa wersja CentOS, postanowiłem sprawdzić jak by te opierające się na Red Hat Linux Enterprise distro nadawało by się na biurko.. Skusiło mnie zwłaszcza to że projekt Jazz w który chciałem się zaangażować opiera się na tej dystrybucji.
Instalator nie zmienił się od wieków, i jest to znana wszystkim fedoro- i redhato- podobnym Anaconda. Jest debilnie prosta, a wybór GUI ogranicza się do KDE i Gnome do których można wyklikać dodatkowe pakiety. Niestety jako iż nie mam DVD musiałem żonglować płytami, ale po dość krótkim czasie wszystko co mnie interesowało znalazło się na dysku, a instalator dał cynk że rozpoznał sprzęt w kompie. Po (prawie) standardowej instalacji 'cent' zajął ponad 1,7 GB na dysku..
System ładuje się względnie szybko (duuuuuuuuuużo szybciej niż fedora), i to mimo dość pokaźnej liczby ładujących się usług. Lekkie zdziwko zaliczyłem gdy po aktualizacji systemu postanowiłem sprawdzić jaka wersja Gnome u mnie gości, bo choć niby priorytetem jest stabilność, to 2.16 (wrzesień 2006?) to lekka przesada.. Na szczęście w repozytorium chociaż Xfce jest nowszy..
Po lekkich walkach z Xorg udało mi się ustawić rozdzielczość inną niż 1290x960, bez żadnych dziwnych krzaków pojawiających się przy ładowaniu GUI i postanowiłem pomęczyć przeglądarkę. Tu najgorzej się nie okazało bo Firefox3 (beta5) do najstarszych nie należy. Mineło 5 minut i miałem już flasha. Lekko się zdziwiłem gdy filmiki z youtube jakimś dziwnym trafem były nieme..
Okazało się że system nie wykrywa karty dźwiękowej.. Nie pierwszy raz z kartą są problemy, więc pobawię się z Alsą. Doinstalowałem alsaconf, wybieram swoją kartę a tu dupa, nic się nie dzieje. Probowałem aktualizować pakiet, ale w ostateczności dodanie karty okazuje się (dla mne) wręcz niewykonalne bo wujek google wyznał mi że musiałbym rekompilować jajko..
Kilka innych przepychanek też było, choćby dla przykładu z ikonkami Tango, bo te nieinstalowane z rpm'a jakoś nie chciały do końca działać.. I tak wspomnę że te z paczki również miały milion lat, podobnie jak sporo softu w repozytoriach. O walce z kodekami nie chce mi się nawet pisać..
Może na serwer, czy do rozwiązań firmowych system jest jak najbardziej ok. Tam ma przede wszystkim działać. Jednak na desktop, gdzie liczą się wodotryski i pogoń za najnowszymi wersjami osiąga apogeum zdecydowanie się nie nadaje..
Czy może tylko ja mam takie zdanie?

Tomasz Pacyński - Smokobójca

Kilka razy wcześniej otarłem się o tą książkę, i za każdym razem mnie odstraszała swoim (niezbyt) wyszukanym tytułem i zarysem fabuły jaki wydawca raczył umieścić na okładce. Następnym razem gdy ktoś wymyśli równie oryginalny tytuł powinno się go publicznie wybatożyć bo (niby) książki po okładce się nie ocenia, jednak przyznam się bez bicia że spodziewałem się przez to po niej wszystkiego co najgorsze. A po przeczytaniu tego tworu stwierdzam że Pacyński prawdziwym facetem nie był!

Książka jest zbiorem niezwiązanych z sobą opowiadań i już na samym początku trafiamy na średniowiecznego pogromcę smoków, który nie do końca jest tym za kogo się podaje. Wyszło całkiem udane grafomaństwo, z dość przewrotną i figlarną fabułą w której autor okrutnie szydzi z Sienkiewicza i bezcześci jedną z najstarszych polskich legend. Znajdziemy tam jeszcze opowieść z perspektywy kota egoisty i dwa opowiadania na podstawie których wysnułem swoją przewrotną tezę, bo oba popełniają ten sam błąd. W porównaniu z poprzednimi są zdecydowanie lepsze, mają bogatszą budowę świata i nie są już tak głupkowato rubaszne jak poprzednie.

Babcie klozetowe mawiają że "prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy a nie zaczyna", trzeba oddać słuszność ich wiekowej mądrości i przyznać że Pacyński postąpił z owymi opowiadaniami po prostu haniebnie. Są zbyt krótkie i kończą się niczym odrąbane katowskim toporem zaraz po tym jak fabuła się rozkręca.

Jedno z nich wg mnie było by wręcz genialne, ale autor niektóre rzeczy wymyślał chyba po pijaku bo się kupy nie trzymają. Opowiada ono historię historię walijskiego najemnika o jakże walijskim imieniu.. Ramirez, który wraz z rozwojem wypadków prawie przenosi się do równie walijskiej Valhalli (?!). I nawet nie było by to nawet takie straszne gdyby czytelnik nie mruczał pod nosem "a feeee" gdy bohater w halucynacjach zobaczył World Trade Center czy islamskie "czarne wdowy"..

Jeśli miałbym tą książkę kupić to nie dał bym ani grosza, ale jeśli macie ją pod ręką i nic innego do roboty, to można poczytać. Ogólnie naciągana średniawka.. 6/10

Kilka dni temu na moim dysku pojawiła się Kasia. Szukałem zamiennika dla Xubuntu bo powolność jego działania doprowadzała mnie do szału. Pościągałem parę dystrybucji livecd i zacząłem je przeglądać. Odpaliłem KateOS i aż się zdziwiłem szybkością z jaką działa. Z płyty system działał sprawniej niż ubuntu.. Po chwili wahania zdecydowałem - instaluję!
Instalacja jest banalna, i nie ma zbytnio co o niej mówić bo jest opisana dokładnie na wiki projektu. System łatwo i szybko został zaktualizowany. Zacząłem buszować po nim i pierwsze zachwyty nagle przyćmiła cisza po odpaleniu empetrójki. Wtf? Okazało się że ALSA nie wykryła karty.. Nowsza wersja pakietu była w repozytorium community więc 2 min i miałem już dźwięk.
Nie lubię przesady w ilości programów i Kasia z ilością komunikatorów lekko przesadziła - trzeba było wywalić co niepotrzebne. Pomocą przyszedł tu KatePKG, owiany legendą graficzny menadżer pakietów napisany w php-gtk. Całkiem znośnie się nim pracuje, a ludzie którzy trąbią że to zło wcielone to chyba nawet z niego nie korzystali, i zapominają że to tylko graficzna nakładka na updateos'a - faktycznego zarządcę pakietów. Całkiem dobrym pomysłem jest Realm (również napisany w php) menadżer repozytoriów którego obsługa jest również dziecinnie prosta. Trzeba jednak nadmienić że sporo softu w repozytoriach jest dość stara, i czasami trzeba się posiłkować paczkami dla Slackware albo zrobić własne.
Powywalałem soft, wgrałem trochę nowego. Zachciało mi się napisać notkę w OpenOffice. Pomijając że wersja jest dość stara (2.2) to nie działa ona poprawnie. Belka tytułowa wyświetla jakieś paski zamiast nazwy pliku - za cholerę nie mogę znaleźć żadnego info jak to naprawić. Kolejny problem na jaki natrafiłem to w mplayerze. W każdym distro jakim się bawiłem do tej pory działał on porządnie, i nie było żadnych problemów. Tutaj za żadne skarby nie mogę zmienić wyjścia video z x11 bo inaczej zupełnie nic nie wyświetla.
Kolejną rzeczą jaka się często przewala przez opinie o tym systemie to chore zależności między pakietami. Hm jakoś do tej pory na nic dziwnego w pakietach nie natrafiłem, choć nie wykluczam że się zdarza. Ale przynajmniej obsługa zależności jest - za to duży plus.
Nie wiem czy Kasia zagości u mnie na dłużej, tych kilka drobnych błędów sprawia że mam ochotę szukać swojego nowego systemu dalej. Ogólnie jest to fajny system, ma małe wymagania i śmiga jak sam diabeł. Mój pulpicik:

darmowy hosting obrazków

walka przystojniaków - alien vs predator 2

Stało się nowa część hitu sprzed kilku lat nadeszła. Alien vs Predator (2). Po całkiem udanej pierwszej części Hollywood by nie wytrzymało gdyby nie zrobiono kolejnej części tego pojedynku monstr z nieznanej nam części kosmosu. Tym razem statek z Alienami rozbija się na Ziemi. By zwalczyć owe plugastwo które niechybnie wykończyło by mieszkańców naszej planety przylatuje samotny Predator. Powstaje tu nawet mieszaniec A i P. Kontener dolców poszedł na stworzenie filmu, całą ich górę musiano przeznaczyć na promocję. Był sens? Może i był, ale ja go nie widzę. Za to czuję się oszukany.
Jak mnie oszukano? Normalnie. Zrobiono kmiota. Akcja zaczyna się całkiem interesująco, ale już po może 10 minutach człowiek zastanawia się czy to tylko dziwne odczucie że poziom filmu zaczyna spadać. Jeden z głównych bohaterów - szeryf, sprawia wrażenie że wcześniej z grą aktorską miał tyle wspólnego że zagrał w szkolnych jasełkach, a kilka innych postaci (np. chłopiec z ojcem na polowaniu) sprawiało wrażenie że na castingu wybierano przypadkowe osoby.
Zupełnie nie rozumiem motywu z 'niebieskim płynem', po cholerę on? Wydaje się on co najmniej dziwny gdy pół miasta zostało wymordowane, a zwłoki walają się wszędzie. Kolejny motyw na siłę wepchnięty to mamusia z marines prowadząca transporter opancerzony. Mało tego! Ona nawet helikopter umie pilotować. Pomińmy tylko chwilą ciszy to że nic innego w filmie nie robi, zanim dokonuje tylko heroicznych czynów (ale seksistowski drań ze mnie.. ^^) ginie kwiat US Army..
Dalej w filmie natrafiamy na 'obślizgłe' sceny i to w dosłownym tego słowa znaczeniu bo maszkary z kosmosu zbudowały sobie gniazdo. Niby jest półmrok, obślizgłe błony, wydzieliny, stosy trupów i cholera wie co jeszcze. Miało to wzbudzić trochę strachu w widzu? Może i wzbudza, ale w wieku przedszkolnym, ale nawet w to śmiem wątpić..
Ni to horror, ni to film akcji. Ogólny kicz i tandeta 3/10

Obejrzane: Hitman

20 lutego, 2008

Hitman
Ci co grali w grę wiedzą co to za film, Ci co nie grali po obejrzeniu filmu nie będą mieli złudzeń że to nie jest gra dla ich dzieci. Hitman. Następna w ostatnim czasie po Doom'ie gra która została zekranizowana (edytowane). Premierę miał dosyć dawno, bo 30 listopada zeszłego roku, ale dopiero teraz udało mi się go obejrzeć.
Zasada jest prosta. Tysiące wystrzeliwanych pocisków, setki uderzeń i kopnięć, dziesiątki przeciwników, dwie srebrne giwery i jeden facet z numerem zamiast imienia przeciw wszystkim. Miałby ogólnie przesmarkane, gdyby nie to że od dziecka był szkolony na zabójcę. To taki współczesny ninja czy inny assasin, tylko że w drogim garniturze z czerwonym krawatem.
Do filmu ciężko się przyczepić. Jedyne co mi się rzuciło w oczy i tak naprawdę jest mało istotne to to że odtwórca głównej roli na samym początku wydał mi się trochę zbyt młody (bohater gry był deczko starszy). Gra aktorska jest na dobrym poziomie. Bardzo podoba mi się 'oszczędność' (nie chodzi tu o wielkość budżetu) tego filmu w odwzorowywaniu akcji. Nie ma tu uderzeń trzecią ręką, kopnięć podczas robienia potrójnego salta gdy bohater spada dwa piętra niżej i innych a'la matrixowych walk, które są ostatnio dość modne. Wybuchy nie są przesadzone, i wyglądają tak jak człowiek sobie by je wyobrażał.
W porównaniu z grą, obniżono posępność i 'mroczność', trochę tego szkoda bo na mój gust wyszło by filmowi na dobre.
Bardzo fajnie się oglądało. Moja ocena: 8/10

Dragon Wars

29 stycznia, 2008

Dragon wars

Zachęcony dość ciekawymi snapshotami z filmu postanowiłem obejrzeć Dragon Wars. Całość zapowiadała się całkiem zgrabnie. Fabuła kręci się wokół jakiejś koreańskiej legendy że co 500 lat, jeden z dwóch olbrzymich węży (dobry lub zły) może zostać smokiem, a możliwe to będzie tylko dzięki dziewczynie ze znamieniem smoka która ma w sobie 'klucz'.

Może pomysłem to nie powala, ale wykonanie już tak.. I to w negatywnym sensie. Opowieść zaczyna się w jakiejś azjatyckiej (koreańskiej?) wiosce, a potem jest przeniesiona do stanów?! Rozkręcanie się akcji jest toporne i w niektórych momentach człowiek się zastanawia co to za naćpany scenarzysta pisał, bo określenie rozwoju akcji jako 'debilne' samo ciśnie się na usta.. A o grze aktorskiej nie ma co wspominać, bo to jej po prostu nie ma..

Jednym pozytywnym aspektem filmu są efekty specjalne. I chodzi tu bardziej o te komputerowe, niż pirotechniczne (bo te są tandetne). Bardzo fajnie prezentują się węże i to jak niszczą sobą wszystko wokół gdy się przemieszczają.

Na koniec taki mały rodzynek z filmu który wybił się ponad przeciętność w kategorii idiotyzmu. Jest scena gdy bohaterowie chcą uciekać helikopterem, niestety zaraz po tym jak wzbili się w powietrze, muszą z niego skakać. I wszystko wydawało by się ok, gdyby nie skakali z jakiś 20 m na beton.. Pomijając to że przeżyli, to za chwilę później człowiek zaśmiewa się do łez jak widzi że na bohaterów spadają łuski wystrzeliwywane z helikopterów które walczą z jednym z węży, ale żaden z nich nie jest nad nimi tylko latają wokoło..

Generalnie nie polecam. Moja ocena: 2/10